Jakiś czas temu w jednym z artykułów wspominałem, że niedługo omówię moją ulubioną płytę The Cure. Choć dużo mego czasu pochłania natłok obowiązków związanych z sesją, znalazłem chwilę na przedstawienie Disintegration.
Moja przygoda z The Cure zaczęła się jeszcze w czasach gimnazjum. Początkowo słuchałem ich dokonań z wczesnych lat działalności, kiedy Robert Smith, wokalista, nie paradował jeszcze w makijażu i nie miał natapirowanych włosów. Uwielbiałem The Cure za mroczne i ciekawe, melodyjne kawałki, jak A forest czy Fire in Cairo. Jednak ich kolejne, bardziej popowe dokonania z początku lat 80., choć niekiedy wpadające w ucho, oddziaływały na mnie w mniejszym stopniu. Disintegration, płyta z 1989 roku, to powrót do mrocznych korzeni. Jednak krążek jest nie tylko mroczny, ale też oniryczny. Kiedy słucham pierwszego kawałka, Plainsong, odnoszę wrażenie, że wkraczam w świat dziwnych, pokręconych snów. Pictures of You to przyjemny utwór, w nieco podobnym klimacie. Closedown rozpoczyna się pięknymi bębnami i basem, a w tle zaczynają rozbrzmiewać klawisze, które znów przywołują senny klimat. I nagle, po około piętnastu minutach słuchania, wkracza kawałek Lovesong, z klawiszami, które tworzą niepokojący nastrój. Choć tekst kawałka nie jest specjalnie skomplikowany, można rzec, popowy, momentami muzyka nie wprowadza, przynajmniej mnie, w radosny nastrój. Kolejny utwór, Last Dance kontynuuje klimat pierwszych kawałków z płyty. Lullaby to swego rodzaju mroczna kołysanka. Na pierwszy plan wysuwa się świetna partia rytmiczna, a do tego cudowne smyczki, choć prawdopodobnie wykreowane za pomocą syntezatora. Fascination Street to kawałek ponury i zarazem ciężki, głównie za sprawą partii basu, która wybija się momentami ponad inne instrumenty. Prayers for Rain zwiększa dawkę posępności, również w warstwie tekstowej. Znów ważną rolę odgrywają też partie smyczków. Kolejny kawałek, The Same Deep Water as You, to najdłuższy utwór na płycie, ponad dziewięciominutowy. Rozpoczyna się dźwiękami burzy i perkusji z pogłosem. Uwielbiam w ten sposób nagraną perkusję, szczególnie na płytach The Cure. Stwarza to wrażenie podniosłości, wielkiej przestrzeni. Sam tekst kawałka, choć oscyluje wokół wielkiej miłości, sprawia też, przynajmniej dla mnie, wrażenie ponurego. Moim ulubionym utworem na płycie jest równie długie, tytułowe Disintegration. Rozpoczyna się dźwiękiem tłuczonego szkła, a po nim rozbrzmiewa hipnotyzująca perkusja wystukująca przez osiem minut ten sam rytm. Szybko wpada też w ucho charakterystyczny bas, który rozbrzmiewa tak samo przez cały utwór. Co chwila odzywają się klawisze wystukujące piękną melodię, oraz wokal Smitha. Po jakimś czasie dochodzą kolejne instrumenty, m.in. drugie klawisze, przywodzące na myśl brzmienia techno. Jednak to w żaden sposob nie wpływa negatywnie na utwór, wręcz przeciwnie, wzbogaca jego energiczność. Homesick jest już wolniejszy. Na pierwszy ogień idą gitary, a wkrótce potem dochodzą smyczki. Mnogość instrumentów potęguje piękno melodii. Ostatni utwór, Untitled to jakby powrót do początku płyty, bowiem kawałek ma charakter błogiej melodii. Jest to jak gdyby fragment snu. Snu, z którego za chwilę się wybudzimy, a który kończy się nieprzesterowaną gitarą z efektem delay oraz dźwiękami akordeonu.
Disintegration to płyta niezwykle długa. Jednak co jakiś czas wracam do niej i jeszcze nigdy nie spowodowała u mnie irytacji. Kawałki, choć rozciągnięte, tworzą niezwykły klimat. Fajnie jest porównać wcześniejsze dokonania The Cure z Disintegration. Można usłyszeć jak zespół dojrzał i sięgnął po ciekawe rozwiązania. Sama płyta nagrana jest wybornie, utwory mają sporo przestrzeni, co jest jedną z przyczyn onirycznego klimatu.
Pamiętam jeden z odcinków South Parku, w ktorym gościnnie wystapił sam Robert Smith. W odcinku tym jeden z bohaterów, Kyle, ogłosił Disintegration ,,najlepszym albumem wszechczasów''. Nie wiem, czy jest to najlepszy album, niemniej jednak, jeden z najlepszych. Polecam, szczególnie komuś, kto lubi mroczne i melodyjne klimaty.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz