Dzisiaj zaprezentuję album, do którego wracam bardzo często.
W pierwszej płycie Pearl Jamu z 1991 roku zakochałem się od pierwszego usłyszenia. Zanim jednak do tego doszło, zasłuchiwałem się w kawałkach Nirvany. Jednak nirvanowa faza z czasem minęła, a ja zapragnąłem czegoś innego, bardziej skomplikowanego muzycznie. Sięgałem zatem po inne zespoły z tzw. wielkiej czwórki z Seattle. Na pierwszy ogień poszedł właśnie Pearl Jam.
Już sam projekt okładki i płyty wzbudza zainteresowanie. Krążek przypomina płytę winylową, zaś okładka, po rozłożeniu, ukazuje członków zespołu trzymających ręce uniesione ku górze. Symbolika ta narzuca prostą interpretację - odnosi się wrażenie, że muzycy chcą dosięgnąć muzycznego szczytu. Po wysłuchaniu płyty ma się jeszcze większe wrażenie, że szczyt ten został przez nich osiągnięty.
Płyta rozpoczyna się dźwiękami wystukiwanymi na bębnach, które szybko zostają otoczone plejadą innych instrumentów. W końcu do głosu dochodzą gitary elektryczne i Once rozbrzmiewa w całej okazałości. Even Flow wpada w ucho już od pierwszych nut, za sprawą mocnego rockowego riffu. Alive rozpoczyna się przesterowaną gitarą, do której po chwili dochodzą pozostałe instrumenty. Pierwszy singiel promujący Ten odnosi się do życia wokalisty, Eddiego Veddera, który po latach dowiedział się, że człowiek, którego uważał za biologicznego ojca, w rzeczywistości nim nie był. Why go rozpoczyna się świetną perkusją i mocnym brzmieniem basu. Wokal wyśpiewuje zaś historię dziewczyny, którą zamknięto w szpitalu psychiatrycznym. Tekst znów nawiązuje do osobistych przeżyć wokalisty, który w okresie nastoletnim miał przyjaciółkę, którą przyłapano na paleniu marihuany i zamknięto w szpitalu. Ballada Black opowiadająca o utracie kogoś bliskiego to kawałek w którym po raz pierwszy rozbrzmiewają klawisze. W końcu dochodzimy do utworu Jeremy, mojego ulubionego na płycie. Rozpoczyna się on świetną linią basu i stopniowo rozbrzmiewa coraz mocniej, by ostatecznie zakończyć się inną ciekawą basową melodią. Tekst kolejnej ballady Pearl Jamu bazuje na innym smutnym wydarzeniu, które miało miejsce w 1991 roku. Wówczas nastolatek, Jeremy Wade Delle z Teksasu, zastrzelił się na oczach całej klasy. Oceans wprowadza w klimat ballady, aczkolwiek w tym kawałku gitary elektryczne nie doszły do głosu. Porch to znów przyspieszenie, a w Garden Pearl Jam dobitniej pokazuje, że ma zamiłowanie do ballad z przesterowanymi gitarami. Jednak zespołowi nie sposób zarzucić monotonności. Deep rozpoczyna się ciężkim riffem, który przywodzi na myśl coś z dokonań Alice in Chains. Ostatni kawałek na płycie, Release, rozpoczyna się łagodnie. To kolejna ballada, z piękną linią basu i rozbrzmiewającymi gdzieś ,,z tyłu'' gitarami. Utwór cichnie po kilku minutach, a na jego miejscu pojawiają się bębny i inne instrumenty. To ten sam utwór, który otwiera krążek.
Teksty na płycie, wszystkie autorstwa Veddera, przepełnione są na ogół rozpaczą. Wiele tu historii wziętych z życia. Wsłuchując się w słowa, czuje się że nie rozpieszczało ono młodego Eddiego. Kompozycje, w większej części napisane przez Stone Gossarda, wcześniejszego gitarzystę Green River i Mother Love Bone ( oba zespoły polecam), są istnym majstersztykiem. Warto też wspomnieć o basiście. Jeff Ament napisał kawałki Why go oraz Jeremy i śmiem twierdzić, że bez jego gry Ten nie byłby tak dobrym albumem.
Podsumowując, Ten to pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów grunge'u, ale i klasycznego rocka. Zachęcam do zapoznania się z pierwszym albumem Pearl Jamu, bo to kawał dobrej muzyki. Muzyki, która potrafi poruszać bez względu na to, ile lat jej stuknie.


