poniedziałek, 29 czerwca 2015

Ulubione płyty #8 Pearl Jam - TEN

    Dzisiaj zaprezentuję album, do którego wracam bardzo często. 

   W pierwszej płycie Pearl Jamu z 1991 roku zakochałem się od pierwszego usłyszenia. Zanim jednak do tego doszło, zasłuchiwałem się w kawałkach Nirvany. Jednak nirvanowa faza z czasem minęła, a ja zapragnąłem czegoś innego, bardziej skomplikowanego muzycznie. Sięgałem zatem po inne zespoły z tzw. wielkiej czwórki z Seattle. Na pierwszy ogień poszedł właśnie Pearl Jam. 
   Już sam projekt okładki i płyty wzbudza zainteresowanie. Krążek przypomina płytę winylową, zaś okładka, po rozłożeniu, ukazuje członków zespołu trzymających ręce uniesione ku górze. Symbolika ta narzuca prostą interpretację - odnosi się wrażenie, że muzycy chcą dosięgnąć muzycznego szczytu. Po wysłuchaniu płyty ma się jeszcze większe wrażenie, że szczyt ten został przez nich osiągnięty. 
   Płyta rozpoczyna się dźwiękami wystukiwanymi na bębnach, które szybko zostają otoczone plejadą innych instrumentów. W końcu do głosu dochodzą gitary elektryczne i Once rozbrzmiewa w całej okazałości. Even Flow wpada w ucho już od pierwszych nut, za sprawą mocnego rockowego riffu. Alive rozpoczyna się przesterowaną gitarą, do której po chwili dochodzą pozostałe instrumenty. Pierwszy singiel promujący Ten odnosi się do życia wokalisty, Eddiego Veddera, który po latach dowiedział się, że człowiek, którego uważał za biologicznego ojca, w rzeczywistości nim nie był. Why go rozpoczyna się świetną perkusją i mocnym brzmieniem basu. Wokal wyśpiewuje zaś historię dziewczyny, którą zamknięto w szpitalu psychiatrycznym. Tekst znów nawiązuje do osobistych przeżyć wokalisty, który w okresie nastoletnim miał przyjaciółkę, którą przyłapano na paleniu marihuany i zamknięto w szpitalu. Ballada Black opowiadająca o utracie kogoś bliskiego to kawałek w którym po raz pierwszy rozbrzmiewają klawisze. W końcu dochodzimy do utworu Jeremy, mojego ulubionego na płycie. Rozpoczyna się on świetną linią basu i stopniowo rozbrzmiewa coraz mocniej, by ostatecznie zakończyć się inną ciekawą basową melodią. Tekst kolejnej ballady Pearl Jamu bazuje na innym smutnym wydarzeniu, które miało miejsce w 1991 roku. Wówczas nastolatek, Jeremy Wade Delle z Teksasu, zastrzelił się na oczach całej klasy. Oceans wprowadza w klimat ballady, aczkolwiek w tym kawałku gitary elektryczne nie doszły do głosu. Porch to znów przyspieszenie, a w Garden Pearl Jam dobitniej pokazuje, że ma zamiłowanie do ballad z przesterowanymi gitarami. Jednak zespołowi nie sposób zarzucić monotonności. Deep rozpoczyna się ciężkim riffem, który przywodzi na myśl coś z dokonań Alice in Chains. Ostatni kawałek na płycie, Release, rozpoczyna się łagodnie. To kolejna ballada, z piękną linią basu i rozbrzmiewającymi gdzieś ,,z tyłu'' gitarami. Utwór cichnie po kilku minutach, a na jego miejscu pojawiają się bębny i inne instrumenty. To ten sam utwór, który otwiera krążek. 
   Teksty na płycie, wszystkie autorstwa Veddera, przepełnione są na ogół rozpaczą. Wiele tu historii wziętych z życia. Wsłuchując się w słowa, czuje się że nie rozpieszczało ono młodego Eddiego. Kompozycje, w większej części napisane przez Stone Gossarda, wcześniejszego gitarzystę Green River i Mother Love Bone ( oba zespoły polecam), są istnym majstersztykiem. Warto też wspomnieć o basiście. Jeff Ament napisał kawałki Why go oraz Jeremy i śmiem twierdzić, że bez jego gry Ten nie byłby tak dobrym albumem. 
    Podsumowując, Ten to pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów grunge'u, ale i klasycznego rocka. Zachęcam do zapoznania się z pierwszym albumem Pearl Jamu, bo to kawał dobrej muzyki. Muzyki, która potrafi poruszać bez względu na to, ile lat jej stuknie. 

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Koncert

   Przez natłok obowiązków, dziś nie pojawi się kolejna mini recenzja, ale niebawem wrzucę jakiś nowy kawałek. Poza tym, jeśli ktoś jest zainteresowany, zapraszam do posłuchania mnie i mojego zespołu na żywo. Koncert Whispers From Basement odbędzie się 24 czerwca w Białymstoku, na Rynku Kościuszki o 18.00 ;)

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Ulubione płyty #7 The Cure - DISINTEGRATION

   
   Jakiś czas temu w jednym z artykułów wspominałem, że niedługo omówię moją ulubioną płytę The Cure. Choć dużo mego czasu pochłania natłok obowiązków związanych z sesją, znalazłem chwilę na przedstawienie Disintegration. 
 Moja przygoda z The Cure zaczęła się jeszcze w czasach gimnazjum. Początkowo słuchałem ich dokonań z wczesnych lat działalności, kiedy Robert Smith, wokalista, nie paradował jeszcze w makijażu i nie miał natapirowanych włosów. Uwielbiałem The Cure za mroczne i ciekawe, melodyjne kawałki, jak A forest czy Fire in Cairo. Jednak ich kolejne, bardziej popowe dokonania z początku lat 80., choć niekiedy wpadające w ucho, oddziaływały na mnie w mniejszym stopniu. Disintegration, płyta z 1989 roku, to powrót do mrocznych korzeni. Jednak krążek jest nie tylko mroczny, ale też oniryczny. Kiedy słucham pierwszego kawałka, Plainsong, odnoszę wrażenie, że wkraczam w świat dziwnych, pokręconych snów. Pictures of You to przyjemny utwór, w nieco podobnym klimacie. Closedown rozpoczyna się pięknymi bębnami i basem, a w tle zaczynają rozbrzmiewać klawisze, które znów przywołują senny klimat. I nagle, po około piętnastu minutach słuchania, wkracza kawałek Lovesong, z klawiszami, które tworzą niepokojący nastrój. Choć tekst kawałka nie jest specjalnie skomplikowany, można rzec, popowy, momentami muzyka nie wprowadza, przynajmniej mnie, w radosny nastrój. Kolejny utwór, Last Dance kontynuuje klimat pierwszych kawałków z płyty. Lullaby to swego rodzaju mroczna kołysanka. Na pierwszy plan wysuwa się świetna partia rytmiczna, a do tego cudowne smyczki, choć prawdopodobnie wykreowane za pomocą syntezatora. Fascination Street to kawałek ponury i zarazem ciężki, głównie za sprawą partii basu, która wybija się momentami ponad inne instrumenty. Prayers for Rain zwiększa dawkę posępności, również w warstwie tekstowej. Znów ważną rolę odgrywają też partie smyczków. Kolejny kawałek, The Same Deep Water as You, to najdłuższy utwór na płycie, ponad dziewięciominutowy. Rozpoczyna się dźwiękami burzy i perkusji z pogłosem. Uwielbiam w ten sposób nagraną perkusję, szczególnie na płytach The Cure. Stwarza to wrażenie podniosłości, wielkiej przestrzeni. Sam tekst kawałka, choć oscyluje wokół wielkiej miłości, sprawia też, przynajmniej dla mnie, wrażenie ponurego. Moim ulubionym utworem na płycie jest równie długie, tytułowe Disintegration. Rozpoczyna się dźwiękiem tłuczonego szkła, a po nim rozbrzmiewa hipnotyzująca perkusja wystukująca przez osiem minut ten sam rytm. Szybko wpada też w ucho charakterystyczny bas, który rozbrzmiewa tak samo przez cały utwór. Co chwila odzywają się klawisze wystukujące piękną melodię, oraz wokal Smitha. Po jakimś czasie dochodzą kolejne instrumenty, m.in. drugie klawisze, przywodzące na myśl brzmienia techno. Jednak to w żaden sposob nie wpływa negatywnie na utwór, wręcz przeciwnie, wzbogaca jego energiczność. Homesick jest już wolniejszy. Na pierwszy ogień idą gitary, a wkrótce potem dochodzą smyczki. Mnogość instrumentów potęguje piękno melodii. Ostatni utwór, Untitled to jakby powrót do początku płyty, bowiem kawałek ma charakter błogiej melodii. Jest to jak gdyby fragment snu. Snu, z którego za chwilę się wybudzimy, a który kończy się nieprzesterowaną gitarą z efektem delay oraz dźwiękami akordeonu. 
   Disintegration to płyta niezwykle długa. Jednak co jakiś czas wracam do niej i jeszcze nigdy nie spowodowała u mnie irytacji. Kawałki, choć rozciągnięte, tworzą niezwykły klimat. Fajnie jest porównać wcześniejsze dokonania The Cure z Disintegration. Można usłyszeć jak zespół dojrzał i sięgnął po ciekawe rozwiązania. Sama płyta nagrana jest wybornie, utwory mają sporo przestrzeni, co jest jedną z przyczyn onirycznego klimatu. 
   Pamiętam jeden z odcinków South Parku, w ktorym gościnnie wystapił sam Robert Smith. W odcinku tym jeden z bohaterów, Kyle, ogłosił Disintegration ,,najlepszym albumem wszechczasów''. Nie wiem, czy jest to najlepszy album, niemniej jednak, jeden z najlepszych. Polecam, szczególnie komuś, kto lubi mroczne i melodyjne klimaty.