Natłok obowiązków sprawił, że post znów pojawia się z opóźnieniem. Postanowiłem więc, że prezentację płyt będę wrzucał co dwa tygodnie ;)
Kilkanaście miesięcy temu szukałem w Internecie jakichś zespołów, które składają się jedynie z dwóch członków. Uwielbiałem White Stripes, ale potrzebowałem czegoś świeżego. Przeglądając strony, bodajże na Wikipedii, natrafiłem na mało wówczas znany zespół Royal Blood z Anglii. Szybko znalazłem na YouTube jakieś ich nagrania i z miejsca zakochałem się w tej muzyce. Kilka kawałków w Internecie pochodziło z ich debiutanckiej EPki Out of the Black. Były to zaledwie cztery utwory, które nieustannie katowałem, więc szybko pragnąłem od nich czegoś nowego. Na wydanie ich debiutanckiego albumu musiałem jednak jeszcze poczekać. Kiedy w końcu zobaczyłem go w sklepach, bez zastanowienia nabyłem.
W skład zespołu założonego całkiem niedawno, bo w 2013 roku, wchodzą Mike Kerr na wokalu i basie oraz Ben Thatcher na perkusji. Na ich debiutanckim albumie znajduje się 10 genialnych utworów, które można umieścić w kategorii hard rock, lub garage rock. Wśród nich są kawałki z EPki, Out of the Black, Little Monster, Come On Over, zabrakło jednak utworu Hole. Moim faworytem na płycie jest niezaprzeczalnie utwór Ten Tonne Skeleton, z nieziemskim, wpadającym w ucho riffem i ,,kroczącą'' perkusją. Teksty na albumie też są niczego sobie, przywodzą na myśl kawałki zeppelinów. Trochę tu o miłości, trochę o wierze. O osobistych problemach.
Po wysłuchaniu longplaya, pozostają w głowie niesamowite riffy i rytm perkusji, a wokal Kerra przypomina momentami wokal Jacka White'a. Podobieństwo do White Stripes jest, a jakże, jednak Royal Blood bliżej do hard rockowych grup, takich jak chociażby Led Zeppelin, The Toobes (swoją drogą, mało znany, aczkolwiek dobry białoruski zespół), czy Stone Temple Pilots. Na zakończenie warto wspomnieć też ciekawej okładce, którą zaprojektował Dan Hillier. Gość tworzy niesamowite grafiki, zatem odsyłam do jego oficjalnej strony.
Podsumowując, album zawiera tylko nieco ponad pół godziny muzyki. To mój jedyny zarzut wobec Royal Blood. Chłopaki tworzą coś niesamowitego i mają to do siebie, że po ich przesłuchaniu, chce się jeszcze więcej. Czuję lekki niedosyt, ale jednocześnie ze zniecierpliwieniem czekam na kolejną płytę. Odnoszę wrażenie, że zabłyśnięcie zespołu w świecie muzycznym nie jest tylko chwilowe.
Gorąco polecam ten dość świeży album.
Do następnego.





