Z kilku przyczyn postanowiłem zamknąć bloga. Nie znaczy to jednak, że znikam z Youtube i Facebooka ;) Tam będę zamieszczał recenzje, na kanale nadal będą ukazywać się kawałki.
https://www.facebook.com/Marcin-Gliński-648261711951805/?ref=hl
https://www.youtube.com/channel/UChD7dVVuRRd6SzpaB1CFIiw
W końcu przekonałem się do bloga. Chcesz dowiedzieć się, co mi w duszy gra? Będę umieszczał własne kompozycje, wrzucał filmiki z youtuba mojej kuzynki, dla której robię soundtracki i od czasu do czasu udostępnię jakieś przemyślenia na temat muzyki.
sobota, 14 listopada 2015
wtorek, 20 października 2015
Damego - Light
Niedługo otrzymam rysunek od Katt Lett (kawałek dla niej jest już niemal gotowy), a tymczasem zamieszczam utwór pod zdjęcie ;)
niedziela, 18 października 2015
Nowe kawałki zespołu
Już niebawem kolejne recenzje i kawałki instrumentalne, również pod rysunki Katt Lett ;) a tymczasem wrzucam ostatnie utwory mojego zespołu ;) trochę alternatywnego popu, trochę punka ;)
https://soundcloud.com/whispers-from-basement/whispers-from-basement-cyrulik-wersja-akustyczna
https://soundcloud.com/whispers-from-basement/whispers-from-basement-dwojka
https://soundcloud.com/whispers-from-basement/whispers-from-basement-cyrulik-wersja-akustyczna
https://soundcloud.com/whispers-from-basement/whispers-from-basement-dwojka
sobota, 5 września 2015
Damego - We must sail together
Znalazłem ostatnio czas, by zrobić coś na kilka instrumentów ;) miłego słuchania
sobota, 15 sierpnia 2015
Ulubione płyty #9 Patti Smith - HORSES
Kolejną płytą, którą chciałbym zaprezentować jest album Horses Patti Smith. Został on nagrany w Electric Lady Studios (studiu należącym do Jimiego Hendrixa) i wydany w 1975 roku.
Wielu może kojarzyć Smith z utworu Because the Night, napisanego wraz z Brucem Springsteenem. Piosenka ta pod koniec lat 70. podbiła listy przebojów, dzięki czemu wokalistka zyskała większy rozgłos. Warto jednak sięgnąć po jej debiutancki krążek, który zawiera równie interesujące utwory.
Kawałek Gloria, będący przeróbką utworu Van Morrisona, rozpoczyna się wolną partią pianina i pięknym śpiewem Smith. Z czasem dochodzą kolejne instrumenty i całość zaczyna brzmieć niczym blues. Kawałek z kolejnymi sekundami przyspiesza i po trzech minutach słyszymy mocne rockowe uderzenie. Już w pierwszym utworze Smith pokazuje pazura. Redondo Beach to kawałek z wolną, miłą dla ucha melodią. Na uwagę zasługuje tu szczególnie gitara, przywodząca na myśl reggae. Birdland, jeden z najdłuższych kawałków na płycie, podobnie jak pierwszy rozpoczyna się ścieżką pianina. Długo nie trzeba czekać na lekko przesterowaną gitarę elektryczną i bas, które stwarzają świetne tło. W tym wszystkim siedzi cudowny, momentami załamujący się wokal Smith, który co jakiś czas przechodzi w melorecytację. Free money, jeden z moich ulubionych utworów na płycie, również rozpoczyna się wolną partią pianina. Kawałek szybko jednak przeistacza się w mocny, rockowy numer - perkusja sprawia wrażenie pędzącego pociągu. Kimberly to kolejny utwór który uwielbiam. Nie jest on szybki, jednak posiada jedną z moich ulubionych progresji akordów, przez co jest niezwykle melodyczny. Na uwagę zasługują szczególnie klawisze rozbrzmiewające w tle. Break it up to miła dla ucha ballada z przewijającym się, niepokojącym motywem na pianino. Land, to kolejny najdłuższy kawałek na płycie, który jest w zasadzie zbiorem trzech utworów - Horses, Land of Thousand Dances oraz La mer (de), przy czym drugi spośród kawałków to cover piosenki Chrisa Kennera. Land to utwór energiczny, w którym następują momenty wolniejsze. Smith co jakiś czas melorecytuje, podczas gdy reszta zespołu gra dalej, wyciszona. Najkrótszy utwór na płycie, Elegie, jest piękną balladą o dziwnej atmosferze. W intrze bas i pianino grają razem, a co chwila odzywa się w tle niepokojąca gitara. Głos Smith początkowo bardziej recytuje niż śpiewa, jednak po jakimś czasie słychać piękną wokalizę. Dodatkowym utworem na wydaniu płyty, które posiadam, jest koncertowe wykonanie My generation The Who. Cover Patti Smith jest znacznie szybszy niż oryginał. Bliżej mu do punk rocka, niż rocka klasycznego. Nie bez przyczyny zatem określa się muzykę Smith jako proto punk.Skupię się na chwilę na samym wydaniu. Na okładce znajduje się zdjęcie samej Smith, wykonane przez jej przyjaciela Roberta Mapplethorpe'a. Po wyjęciu płyty, na której widnieje krótka notatka o Johnnym, być może tym z tekstu utworu Horses, można dostrzec zdjęcie członków zespołu, oraz dedykację. Krążek poświęcony został zmarłemu Richardowi Sohlowi, który był klawiszowcem Smith.
Na Horses znajdują się momenty wolniejsze ( Elegie ), przywodzące na myśl niektóre utwory Joni Mitchell, oraz stricte rockowe, niekiedy powalające wykonaniem ( Free Money, czy choćby My generation). Horses to mieszanka jazzu, bluesa, poezji śpiewanej, często odnoszącej się do osobistych przeżyć, oraz rocka. Patti Smith, podobnie jak wielu innych artystów, m.in. David Bowie, Iggy Pop czy Frank Zappa, swoimi dokonaniami z lat 70. stworzyła podwaliny punk rocka. Jej pierwsza płyta to ciekawy muzyczny miks, zbiór niezwykłych melodii i przede wszystkim zapis cudownego głosu.
Gorąco polecam.
sobota, 25 lipca 2015
Damego - Behind the trees
Dawno nic nie wrzucałem, zatem zamieszczam taki oto gitarowy kawałek na dzisiaj ;)
poniedziałek, 29 czerwca 2015
Ulubione płyty #8 Pearl Jam - TEN
Dzisiaj zaprezentuję album, do którego wracam bardzo często.
W pierwszej płycie Pearl Jamu z 1991 roku zakochałem się od pierwszego usłyszenia. Zanim jednak do tego doszło, zasłuchiwałem się w kawałkach Nirvany. Jednak nirvanowa faza z czasem minęła, a ja zapragnąłem czegoś innego, bardziej skomplikowanego muzycznie. Sięgałem zatem po inne zespoły z tzw. wielkiej czwórki z Seattle. Na pierwszy ogień poszedł właśnie Pearl Jam.
Już sam projekt okładki i płyty wzbudza zainteresowanie. Krążek przypomina płytę winylową, zaś okładka, po rozłożeniu, ukazuje członków zespołu trzymających ręce uniesione ku górze. Symbolika ta narzuca prostą interpretację - odnosi się wrażenie, że muzycy chcą dosięgnąć muzycznego szczytu. Po wysłuchaniu płyty ma się jeszcze większe wrażenie, że szczyt ten został przez nich osiągnięty.
Płyta rozpoczyna się dźwiękami wystukiwanymi na bębnach, które szybko zostają otoczone plejadą innych instrumentów. W końcu do głosu dochodzą gitary elektryczne i Once rozbrzmiewa w całej okazałości. Even Flow wpada w ucho już od pierwszych nut, za sprawą mocnego rockowego riffu. Alive rozpoczyna się przesterowaną gitarą, do której po chwili dochodzą pozostałe instrumenty. Pierwszy singiel promujący Ten odnosi się do życia wokalisty, Eddiego Veddera, który po latach dowiedział się, że człowiek, którego uważał za biologicznego ojca, w rzeczywistości nim nie był. Why go rozpoczyna się świetną perkusją i mocnym brzmieniem basu. Wokal wyśpiewuje zaś historię dziewczyny, którą zamknięto w szpitalu psychiatrycznym. Tekst znów nawiązuje do osobistych przeżyć wokalisty, który w okresie nastoletnim miał przyjaciółkę, którą przyłapano na paleniu marihuany i zamknięto w szpitalu. Ballada Black opowiadająca o utracie kogoś bliskiego to kawałek w którym po raz pierwszy rozbrzmiewają klawisze. W końcu dochodzimy do utworu Jeremy, mojego ulubionego na płycie. Rozpoczyna się on świetną linią basu i stopniowo rozbrzmiewa coraz mocniej, by ostatecznie zakończyć się inną ciekawą basową melodią. Tekst kolejnej ballady Pearl Jamu bazuje na innym smutnym wydarzeniu, które miało miejsce w 1991 roku. Wówczas nastolatek, Jeremy Wade Delle z Teksasu, zastrzelił się na oczach całej klasy. Oceans wprowadza w klimat ballady, aczkolwiek w tym kawałku gitary elektryczne nie doszły do głosu. Porch to znów przyspieszenie, a w Garden Pearl Jam dobitniej pokazuje, że ma zamiłowanie do ballad z przesterowanymi gitarami. Jednak zespołowi nie sposób zarzucić monotonności. Deep rozpoczyna się ciężkim riffem, który przywodzi na myśl coś z dokonań Alice in Chains. Ostatni kawałek na płycie, Release, rozpoczyna się łagodnie. To kolejna ballada, z piękną linią basu i rozbrzmiewającymi gdzieś ,,z tyłu'' gitarami. Utwór cichnie po kilku minutach, a na jego miejscu pojawiają się bębny i inne instrumenty. To ten sam utwór, który otwiera krążek.
Teksty na płycie, wszystkie autorstwa Veddera, przepełnione są na ogół rozpaczą. Wiele tu historii wziętych z życia. Wsłuchując się w słowa, czuje się że nie rozpieszczało ono młodego Eddiego. Kompozycje, w większej części napisane przez Stone Gossarda, wcześniejszego gitarzystę Green River i Mother Love Bone ( oba zespoły polecam), są istnym majstersztykiem. Warto też wspomnieć o basiście. Jeff Ament napisał kawałki Why go oraz Jeremy i śmiem twierdzić, że bez jego gry Ten nie byłby tak dobrym albumem.
Podsumowując, Ten to pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów grunge'u, ale i klasycznego rocka. Zachęcam do zapoznania się z pierwszym albumem Pearl Jamu, bo to kawał dobrej muzyki. Muzyki, która potrafi poruszać bez względu na to, ile lat jej stuknie.
poniedziałek, 22 czerwca 2015
Koncert
Przez natłok obowiązków, dziś nie pojawi się kolejna mini recenzja, ale niebawem wrzucę jakiś nowy kawałek. Poza tym, jeśli ktoś jest zainteresowany, zapraszam do posłuchania mnie i mojego zespołu na żywo. Koncert Whispers From Basement odbędzie się 24 czerwca w Białymstoku, na Rynku Kościuszki o 18.00 ;)
poniedziałek, 8 czerwca 2015
Ulubione płyty #7 The Cure - DISINTEGRATION
Jakiś czas temu w jednym z artykułów wspominałem, że niedługo omówię moją ulubioną płytę The Cure. Choć dużo mego czasu pochłania natłok obowiązków związanych z sesją, znalazłem chwilę na przedstawienie Disintegration.
Moja przygoda z The Cure zaczęła się jeszcze w czasach gimnazjum. Początkowo słuchałem ich dokonań z wczesnych lat działalności, kiedy Robert Smith, wokalista, nie paradował jeszcze w makijażu i nie miał natapirowanych włosów. Uwielbiałem The Cure za mroczne i ciekawe, melodyjne kawałki, jak A forest czy Fire in Cairo. Jednak ich kolejne, bardziej popowe dokonania z początku lat 80., choć niekiedy wpadające w ucho, oddziaływały na mnie w mniejszym stopniu. Disintegration, płyta z 1989 roku, to powrót do mrocznych korzeni. Jednak krążek jest nie tylko mroczny, ale też oniryczny. Kiedy słucham pierwszego kawałka, Plainsong, odnoszę wrażenie, że wkraczam w świat dziwnych, pokręconych snów. Pictures of You to przyjemny utwór, w nieco podobnym klimacie. Closedown rozpoczyna się pięknymi bębnami i basem, a w tle zaczynają rozbrzmiewać klawisze, które znów przywołują senny klimat. I nagle, po około piętnastu minutach słuchania, wkracza kawałek Lovesong, z klawiszami, które tworzą niepokojący nastrój. Choć tekst kawałka nie jest specjalnie skomplikowany, można rzec, popowy, momentami muzyka nie wprowadza, przynajmniej mnie, w radosny nastrój. Kolejny utwór, Last Dance kontynuuje klimat pierwszych kawałków z płyty. Lullaby to swego rodzaju mroczna kołysanka. Na pierwszy plan wysuwa się świetna partia rytmiczna, a do tego cudowne smyczki, choć prawdopodobnie wykreowane za pomocą syntezatora. Fascination Street to kawałek ponury i zarazem ciężki, głównie za sprawą partii basu, która wybija się momentami ponad inne instrumenty. Prayers for Rain zwiększa dawkę posępności, również w warstwie tekstowej. Znów ważną rolę odgrywają też partie smyczków. Kolejny kawałek, The Same Deep Water as You, to najdłuższy utwór na płycie, ponad dziewięciominutowy. Rozpoczyna się dźwiękami burzy i perkusji z pogłosem. Uwielbiam w ten sposób nagraną perkusję, szczególnie na płytach The Cure. Stwarza to wrażenie podniosłości, wielkiej przestrzeni. Sam tekst kawałka, choć oscyluje wokół wielkiej miłości, sprawia też, przynajmniej dla mnie, wrażenie ponurego. Moim ulubionym utworem na płycie jest równie długie, tytułowe Disintegration. Rozpoczyna się dźwiękiem tłuczonego szkła, a po nim rozbrzmiewa hipnotyzująca perkusja wystukująca przez osiem minut ten sam rytm. Szybko wpada też w ucho charakterystyczny bas, który rozbrzmiewa tak samo przez cały utwór. Co chwila odzywają się klawisze wystukujące piękną melodię, oraz wokal Smitha. Po jakimś czasie dochodzą kolejne instrumenty, m.in. drugie klawisze, przywodzące na myśl brzmienia techno. Jednak to w żaden sposob nie wpływa negatywnie na utwór, wręcz przeciwnie, wzbogaca jego energiczność. Homesick jest już wolniejszy. Na pierwszy ogień idą gitary, a wkrótce potem dochodzą smyczki. Mnogość instrumentów potęguje piękno melodii. Ostatni utwór, Untitled to jakby powrót do początku płyty, bowiem kawałek ma charakter błogiej melodii. Jest to jak gdyby fragment snu. Snu, z którego za chwilę się wybudzimy, a który kończy się nieprzesterowaną gitarą z efektem delay oraz dźwiękami akordeonu.
Disintegration to płyta niezwykle długa. Jednak co jakiś czas wracam do niej i jeszcze nigdy nie spowodowała u mnie irytacji. Kawałki, choć rozciągnięte, tworzą niezwykły klimat. Fajnie jest porównać wcześniejsze dokonania The Cure z Disintegration. Można usłyszeć jak zespół dojrzał i sięgnął po ciekawe rozwiązania. Sama płyta nagrana jest wybornie, utwory mają sporo przestrzeni, co jest jedną z przyczyn onirycznego klimatu.
Pamiętam jeden z odcinków South Parku, w ktorym gościnnie wystapił sam Robert Smith. W odcinku tym jeden z bohaterów, Kyle, ogłosił Disintegration ,,najlepszym albumem wszechczasów''. Nie wiem, czy jest to najlepszy album, niemniej jednak, jeden z najlepszych. Polecam, szczególnie komuś, kto lubi mroczne i melodyjne klimaty.
poniedziałek, 25 maja 2015
Ulubione płyty #6 Kult - KULT
Dzisiaj przedstawię pierwszą płytę jednego z moich ulubionych polskich zespołów.
Pierwszy album Kultu, zatytułowany po prostu Kult, nagrywany był w studiu Radia ,,Łódź'' w 1986 roku, a wydany został w 1987. Wcześniej zespół wykonywał utwory koncertowe, jednak ostatecznie, ze względu na cenzurę, nie wszystkie trafiły na krążek. Na płycie pojawiły się jednak Krew Boga, O Ani, czy Wspaniała nowina, kawałki znane już publiczności. Utwór Krew Boga łatwo wpada w ucho i jest niezwykle prosty do zagrania na gitarze, więc niegdyś zasłuchiwałem się w nim i grałem go z kolegami. Z czasem jednak zacząłem doceniać pozostałe kompozycje. Wspaniała nowina rozpoczyna się elektroniczną perkusją, do której po chwili dochodzi sekcja dęta. W pierwszym utworze słychać, że gitary elektrycznej jest tu niewiele i ważniejszą rolę odgrywa sekcja rytmiczna. Wspaniała nowina odnosi się do polityki, jednak tego typu teksty nie dominują na całym krążku. Zabierz mu wszystko, z ciekawą partią klawiszy, to nawiązanie do starotestamentowej historii o Hiobie. Biblijne motywy pojawiają się też w utworze Mędracy oraz Religia Wielkiego Babilonu. Oba kawałki, posiadające dość wolne tempo, mają niezwykły klimat, który stwarzają głównie akordowa gra na gitarze elektrycznej oraz klawisze. Moim faworytem na płycie jest Posłuchaj to do Ciebie, szybki kawałek z uwypukloną gitarą i saksofonem. W 1932-Berlin, muzycy znów zwalniają i ocierając się o jazz, przywołując klimat lat trzydziestych. W Konsumencie odzywa się gitara elektryczna, choć jest nieco przytłumiona przez pozostałe instrumenty. Mimo wszystko kawałek posiada wpadający w ucho refren i należy do najbardziej znanych utworów zespołu. Odnawianie restauracji to najkrótsza kompozycja na płycie, bo trwająca zaledwie nieco ponad minutę, jednak posiadająca tekst warty uwagi. Myślę, że można w nim doszukiwać się odniesienia do Stanisława Staszewskiego, poety i barda, ojca Kazika. W Udanej transakcji odzywa się nieprzesterowana gitara elektryczna, tworząc klimatyczne tło. Partia basu płynie i wręcz hipnotyzuje. Kawałek może przywodzić na myśl wcześniejsze dokonania Lady Pank. Utwór O Ani rozpoczynają sekcja rytmiczna i saksofon, a po chwili dochodzą piękne klawisze, które wprowadzają w dziwny nastrój. Nie grają jednak długo, bowiem już za chwilę z fali dźwięków wyłania się gitara oraz wokal wyśpiewujący krótką historię o miłości.
Pierwsza wersja albumu kończy się na O Ani, jednak w reedycji płyty cd, którą posiadam, dodany został utwór koncertowy, cover Dom wschodzącego Słońca. Kawałek, oparty na melodii folkowej ballady amerykańskiej, zawiera tekst Michaja Burano. Początkowo cover Kultu jest dość wolny, jednak z czasem nabiera punkowego rozpędu.
Pierwszy longplay Kultu pozostaje moim ulubionym wydawnictwem tegoż zespołu. Choć kolejne płyty są równie dobre, swoją muzyczną przygodę z Kultem rozpocząłem od ich pierwszego krążka, zatem odczuwam wobec niego ogromną nostalgię. Kiedyś w jakimś wywiadzie przeprowadzonym z Kazikiem wyczytałem, że niezbyt podoba mu się album i nagrałby go od nowa. Moim zdaniem wszystko jest na swoim miejscu. Nie wiem, jak brzmiała pierwsza wersja płyty, przed nowym masteringiem, niemniej jednak ta, którą posiadam brzmi naprawdę genialnie. Ale cóż, muzycy mają to do siebie, że chcieliby często coś zmieniać i poprawiać w niegdyś nagranych kawałkach. I sam, uważając się za muzyka, w pełni to rozumiem.
Temu, kto nie słyszał o Kulcie, bądź zna jedynie Gdy nie ma dzieci puszczane non stop w radiu, polecam pierwszy album zespołu. Longplay zawiera fenomenalne, klimatyczne kompozycje i ciekawe teksty Kazika. Już na pierwszym krążku muzycy z Kultu udowadniają, że są profesjonalistami i potrafią zręcznie czerpać z różnych gatunków muzycznych, zaczynając od punka, a kończąc na jazzie.
Do następnego.
wtorek, 12 maja 2015
Damego - City
Tym razem kawałek gitarowy, ocierający się o jazz. Do nagrania wykorzystałem
analogowy chorus U-ONE i odnoszę wrażenie, że gitara nabrała dzięki temu ciepła ;)
poniedziałek, 11 maja 2015
Ulubione płyty #5 Obywatel G.C. - TAK! TAK!
Dzisiaj zaprezentuję drugi album Obywatela G.C., czyli Grzegorza Ciechowskiego, wokalisty i klawiszowca Republiki. Po jej rozpadzie w 1986 roku, Ciechowski rozpoczął solową karierę, zakładając zespół, w którym jako jedyny był stałym członkiem. Na przestrzeni lat dobierał różnych, równie dobrych jak on sam muzyków. Współpracował m.in. z Johnem Porterem, Jose Torresem, czy Janem Borysewiczem.
Płytę wydaną w 1988 roku rozpoczyna melodyjny utwór Tak... Tak... to ja, w którym Ciechowski wyśpiewuje monolog w stronę lustra. Kawałek przywodzi na myśl przeboje Republiki. Mocne uderzenia w klawisze nie są jednak charakterystyczne dla tego krążka. Już drugi kawałek, Podróż do ciepłych krajów, wprowadza słuchacza w specyficzny klimat. Instrumenty perkusyjne wystukują południowoamerykańskie rytmy, co chwila odzywa się przesterowana gitara elektryczna i rozbrzmiewa partia basu, prawdopodobnie z syntezatora. Podobne, elektroniczne brzmienie powraca po jakimś czasie. Umarłe słowa rozpoczynają się zapętlonymi słowami wypowiadanymi przez kobietę. Kawałek ten posiada perkusję nadającą niebywałej szybkości, wzbogaconą o brzmienie syntezatorów i przesterowanej gitary. Ani ja ani ty zwalnia, a w tle rozbrzmiewa saksofon i gitara elektryczna. Perkusje posiadają dużo przestrzeni, więc można odnieść wrażenie, że kawałek rozbrzmiewa w ogromnej hali. Depesza do producenta kojarzy się z Depeche Mode i ich utworem Personal Jesus. Moim faworytem na płycie Obywatela G. C. jest Nie pytaj o Polskę. Kawałek ten kojarzy mi się z dzieciństwem, więc z pewnością dlatego mam do niego ogromny sentyment. Rozpoczyna się perkusją z automatu, która wprowadza w niesamowity klimat, niczym In the air tonight Phila Collinsa. Syntezator tworzy przepiękną melodię już na wstępie. Później stopniowo dodawane są kolejne instrumenty. Piękny jest saksofon i fortepian, ale najbardziej zapadł mi w pamięć syntezator, który wchodzi wraz z rozpoczęciem drugiej zwrotki. Piosenka kata to kolejny energiczny kawałek, a zamykający płytę utwór Skończymy w niebie ociera się o jazz i przywodzi na myśl kompozycje z lat '30, czy '40. Choć początkowo jest wolny, z czasem znacząco przyspiesza by na końcu znów zwolnić.
Edycja którą posiadam, zawiera dodatkowo cztery utwory w wersjach angielskich, oraz tomik poezji Ciechowskiego, zatytułowany Wokół niej. Wcześniej stykałem się jedynie z piosenkami Obywatela G.C. oraz Republiki, więc mile zaskoczyłem się, kiedy po otworzeniu płyty znalazłem również niewielką książeczkę z poezją. Przebrnąłem przez nią i muszę powiedzieć, że jest ciekawie. Ciechowski był nie tylko niezłym autorem tekstów piosenek, ale również bardzo wrażliwym poetą.
Podsumowując, album jest niezwykle klimatyczny. Mnogość muzyków zaangażowanych w projekt spowodowała, że brzmienie Tak! Tak! jest czystą poezją dla uszu. Choć podstawowa wersja płyty posiada jedynie osiem kawałków, niemal wszystkie przekraczają ponad cztery minuty i co najważniejsze, nie nudzą i mimo upływu lat, brzmią genialnie.
Dobra muzyka się nie starzeje. Gorąco polecam.
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
Ulubione płyty #4 Royal Blood - ROYAL BLOOD
Natłok obowiązków sprawił, że post znów pojawia się z opóźnieniem. Postanowiłem więc, że prezentację płyt będę wrzucał co dwa tygodnie ;)
Kilkanaście miesięcy temu szukałem w Internecie jakichś zespołów, które składają się jedynie z dwóch członków. Uwielbiałem White Stripes, ale potrzebowałem czegoś świeżego. Przeglądając strony, bodajże na Wikipedii, natrafiłem na mało wówczas znany zespół Royal Blood z Anglii. Szybko znalazłem na YouTube jakieś ich nagrania i z miejsca zakochałem się w tej muzyce. Kilka kawałków w Internecie pochodziło z ich debiutanckiej EPki Out of the Black. Były to zaledwie cztery utwory, które nieustannie katowałem, więc szybko pragnąłem od nich czegoś nowego. Na wydanie ich debiutanckiego albumu musiałem jednak jeszcze poczekać. Kiedy w końcu zobaczyłem go w sklepach, bez zastanowienia nabyłem.
W skład zespołu założonego całkiem niedawno, bo w 2013 roku, wchodzą Mike Kerr na wokalu i basie oraz Ben Thatcher na perkusji. Na ich debiutanckim albumie znajduje się 10 genialnych utworów, które można umieścić w kategorii hard rock, lub garage rock. Wśród nich są kawałki z EPki, Out of the Black, Little Monster, Come On Over, zabrakło jednak utworu Hole. Moim faworytem na płycie jest niezaprzeczalnie utwór Ten Tonne Skeleton, z nieziemskim, wpadającym w ucho riffem i ,,kroczącą'' perkusją. Teksty na albumie też są niczego sobie, przywodzą na myśl kawałki zeppelinów. Trochę tu o miłości, trochę o wierze. O osobistych problemach.
Po wysłuchaniu longplaya, pozostają w głowie niesamowite riffy i rytm perkusji, a wokal Kerra przypomina momentami wokal Jacka White'a. Podobieństwo do White Stripes jest, a jakże, jednak Royal Blood bliżej do hard rockowych grup, takich jak chociażby Led Zeppelin, The Toobes (swoją drogą, mało znany, aczkolwiek dobry białoruski zespół), czy Stone Temple Pilots. Na zakończenie warto wspomnieć też ciekawej okładce, którą zaprojektował Dan Hillier. Gość tworzy niesamowite grafiki, zatem odsyłam do jego oficjalnej strony.
Podsumowując, album zawiera tylko nieco ponad pół godziny muzyki. To mój jedyny zarzut wobec Royal Blood. Chłopaki tworzą coś niesamowitego i mają to do siebie, że po ich przesłuchaniu, chce się jeszcze więcej. Czuję lekki niedosyt, ale jednocześnie ze zniecierpliwieniem czekam na kolejną płytę. Odnoszę wrażenie, że zabłyśnięcie zespołu w świecie muzycznym nie jest tylko chwilowe.
Gorąco polecam ten dość świeży album.
Do następnego.
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Ulubione płyty #3 Guns N' Roses - APPETITE FOR DESTRUCTION

Z większym opóźnieniem, ale jednak ;)
Dzisiaj przybliżę pokrótce debiutancką płytę Guns N' Roses, Appetite for Destruction z 1987 roku, oraz książkę Stephena Davisa opowiadającą o dziejach tegoż zespołu.
Gunsów zacząłem słuchać jeszcze w gimnazjum i po dziś dzień co jakiś czas odpalam sobie tę płytkę. Jest to jeden z pierwszych albumów jakie kupiłem, jednak nie tylko przez to mam do niego ogromny sentyment. Co tu dużo mówić, Appetite for Destruction to porządnie nagrana płyta z wieloma przebojami i wciąż słucha się jej bardzo dobrze. Ale po kolei.
Okładka, którą widać na zdjęciu jest okładką finalną. Poprzednia miała być oparta na rysunku Roberta Williamsa, który przedstawiał robota gwałciciela, kobietę oraz dziwaczne, metalowe monstrum. Okładka okazała się zbyt kontrowersyjna, zatem ostatecznie zmienioną ją na krzyż z czaszkami reprezentującymi każdego członka zespołu. Grafika zaprojektowana została przez Billy'ego White'a Jr jako tatuaż Axla Rose'a. Pierwotny rysunek Williamsa ostatecznie znalazł się jednak w książeczce z tekstami piosenek i podziękowaniami.
Płytę rozpoczyna niesamowite Welcome to the Jungle napisane prze Rose'a i Slasha. Utwór z genialną linią melodyczną gitary opowiada o życiu w miejskiej dżungli. Inspiracją do napisania tego kawałka było spotkanie Axla z pewnym bezdomnym na ulicach Nowego Jorku, który rzekomo miał krzyknąć do wokalisty: You know where you are? You're in the jungle baby, you're gonna die!
W zasadzie do każdej piosenki dołączyć można krótszą bądź dłuższą anegdotę. Każda z piosenek ma ciekawą genezę, jednak przyjrzę się tylko niektórym. Utwór Nightrain jest hołdem dla taniego kalifornijskiego wina Night Train Express, a Mr. Brownstone został skomponowany przez Slasha i Izzy'ego Stradlina podczas przebywania wśród biorących heroinę. Paradise City napisany został podczas pierwszej trasy koncertowej zespołu. Kiedy zepsuł się ich samochód, Gunsi musieli iść pieszo do najbliższego zamieszkanego terenu. Podczas wędrówki zaczęli tęsknić za Los Angeles i to właśnie tęsknota ta stała się zalążkiem utworu.
Moim ulubionym utworem na tej płycie jest niezaprzeczalnie Sweet Child O'Mine, głównie za sprawą początkowego riffu, który Slash grał niegdyś jako rozgrzewkę, a który stał się później podwaliną kawałka.
Podsumowując płytę, warto dodać, że Appetite for Destruction sprzedała się w nakładzie 28 milionów egzemplarzy i znalazła się na 62. miejscu na liście 500 albumów wszech czasów magazynu Rolling Stone. Nie bez przyczyny. Guns N' Roses stworzyło album pełen perełek. Kawałki zapewniają rock 'n' rollową jazdę i po dziś dzień świetnie się ich słucha. Nawet w dobie rocka alternatywnego i wszechobecnej elektroniki.
Książka Stephena Davisa, Patrząc jak krwawisz, opisuje początki kariery Gunsów od lat 80. do 2009 roku. Zawiera sporo anegdot i historyjek związanych nie tylko z zespołem, ale też ze sceną muzyczną zachodniego Hollywood. Autor przedstawia nam drogi życiowe członków zespołu, które nie zawsze były usłane różami, a częściej ścieżkami kokainy. Nie będę rozpisywał się na temat tej pozycji, niemniej jednak warto jeszcze zaznaczyć, że książka zawiera całkiem duże, biało-czarne zdjęcia z różnych lat, mnóstwo cytatów i oparta jest na szczegółowych wywiadach i materiałach prywatnych. Przynajmniej tak twierdzi wydawca książki. Nie czytałem innej biografii tego zespołu, więc nie mam żadnego porównania. Niemniej jednak pozycja Davisa zawiera mnóstwo informacji i ciekawostek. Czyta się to jak dobrą powieść, zatem zachęcam do sięgnięcia po Patrząc jak krwawisz.
Mam nadzieję, że choć w niewielkim stopniu przekonałem kogoś, kto jeszcze nie słyszał Guns N' Roses, do przesłuchania ich debiutanckiej płytki. Kawałki mają naprawdę niezły, hard rockowy klimat, choć zdaję sobie sprawę z tego, że wielu ludzi odrzuca cała ta glam rockowa stylistyka zespołu.
To tyle na dziś. Do następnego ;)
wtorek, 7 kwietnia 2015
Damego - Among mist
Artykuł o kolejnej ulubionej płycie pojawi się z lekkim opóźnieniem, ale wstawiam za to najnowszy utwór na akustyka i klawisze ;)
poniedziałek, 30 marca 2015
Ulubione płyty #2 Joy Division - UNKNOWN PLEASURES
Tym razem krótko przedstawię płytę Joy Division - Unknown Pleasures. Na zespół ten natknąłem się jeszcze w czasach gimnazjum, kiedy poszukiwałem ciekawych brzmień. Nie miałem nikogo, kto wskazałby mi, czego mam słuchać, zatem sam rozpocząłem swoją muzyczną podróż. Słuchałem tego, na co akurat natrafiłem szperając w Internecie. A zasłuchiwałem się wówczas w płytach The Cure ( jedną z nich na pewno wkrótce przedstawię ;) i bardzo podobały mi się ich mroczniejsze kawałki, np. A Forest. Szukałem czegoś w podobnym stylu i odnalazłem Joy Division.
Unknown Pleasures z 1979 roku jest debiutancką płytą tego brytyjskiego zespołu. Początkowo usłyszałem kawałek Shadowplay, który z miejsca pokochałem. Za genialny klimat. Początkowo wokal Iana Curtisa nieco mnie drażnił, jednak z czasem przekonałem się do takiego śpiewu. Widziałem ostatnio koncertówkę New Order ( zespołu założonego przez członków Joy Divsion, po śmierci Curtisa), na której to gitarzysta śpiewał Shadowplay i niezbyt przypadło mi to do gustu. Charakterystyczny wokal Curtisa stanowi część klimatu utworu i w zasadzie wszystkich innych kawałków grupy.
Piosenki na płycie są genialne. Na uwagę zasługuje linia basu Petera Hooka, która wybija się niekiedy ponad pozostałe instrumenty, np. w kawałku Disorder czy Insight. Utwory tworzą przedziwną atmosferę, potrafią wprowadzić słuchacza w pewien trans. Warto też zajrzeć do tekstów. Wszystkie są autorstwa Curtisa. I choć niekiedy można nie zrozumieć, o czym śpiewa wokalista, zawsze można zajrzeć do tekstów, które są niezwykle poetyckie.
Nie będę się dziś rozpisywał, zatem podsumowując, polecam tę płytę każdemu, kto lubi mroczne, post punkowe klimaty. A tych, których interesuje zespół i postać wokalisty, odsyłam do biograficznego filmu o Ianie Curtisie pt. Control z 2007 roku w reżyserii Antona Corbijna, który był też twórcą teledysków Joy Division.
Do następnego ;)
poniedziałek, 23 marca 2015
Ulubione płyty #1 Perfect - UNU
Postanowiłem zrobić poniedziałkowy cykl w którym będę prezentował moje ulubione płyty i zarazem podawał jakieś ciekawostki z nimi związane i osobiste przemyślenia. Mam nadzieję, że przy okazji zarażę kogoś swą pasją kolekcjonowania :) Myślałem początkowo o prowadzeniu videobloga, jednak szybko doszedłem do wniosku, że sprawniej idzie mi stukanie w klawisze (czy to komputera, czy keyboardu), niż mówienie przed kamerą.
Na pierwszy ogień idzie płyta Perfectu, UNU. Skąd taki tytuł? Otóż album ukazał się w 1983 r., w okresie stanu wojennego, w którym to po ulicach jeździły samochody wojskowe z tablicami rejestracyjnymi na których widniało właśnie oznaczenie UNU. W poszczególnych utworach można zresztą doszukiwać się pewnych nawiązań do tamtego okresu. Na szczęście stan wojenny jest dla mnie wydarzeniem, którego nie odczułem na własnej skórze. Oczywiście należy znać historię, tak też sięgnąłem do niej, jednak nigdy nie będzie mi dane czuć tego, co czuli ludzie, szczególnie młodzi żyjący w tamtych czasach. Słuchając płyty Perfectu można jednak otrzymać pewną namiastkę tego, jak wyglądał okres PRL-u.
Zawsze słuchając płyt staram się zwracać uwagę nie tylko na muzykę, ale również na teksty. Zanim jednak o słowach na UNU, co nieco o samej muzyce zawartej na albumie. Płyta rozpoczyna się utworem Co za hałas - co za szum, który zawiera świetny, melodyjnym riff i genialną partię basu. Uwielbiam melodyjne kawałki, zatem kiedy pierwszy raz usłyszałem ten utwór, odtwarzałem go kilka razy, a riff chodził mi po głowie przez dłuższy czas. Kolejne utwory, Druga czytanka dla Janka, Idź precz i Pocztówka dla państwa Jareckich to kolejne genialne gitarowe motywy. Chce mi się z czegoś śmiać przywodzi na myśl led zeppelinowskie riffy. O ile Zbigniew Hołdys nie przekonuje mnie jako rzekomy autorytet w pewnych dziedzinach, udzielający się niekiedy tu i ówdzie na szklanym ekranie, o tyle jego gitarowe poczynania na UNU zasługują na poklask. Może nie jest zbyt skomplikowanie, jednak wydaje mi się, że w muzyce chodzi przede wszystkim o klimat, który gitara Hołdysa niewątpliwie stwarza.
Choć uwielbiam mocne gitarowe granie, moim ulubionym kawałkiem na płycie jest bez wątpienia Objazdowe nieme kino. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem ten utwór... po prostu zwaliło mnie z nóg. Piosenka jest niezwykle prosta do zagrania, jednak niesie ze sobą ogromną dawkę klimatu. Temu, kto nigdy nie słuchał tego kawałka, radzę odtworzyć go w nocy. Coś wręcz niesamowitego.
Nie będę zbyt dużo miejsca poświęcał na pisanie o dźwiękach, gdyż słowa, nawet najlepiej dobrane, nie potrafią wywołać tego samego uczucia co muzyka. Potrafią za to wywołać odmienne i niekiedy sprawić, że przestajemy zwracać uwagę na samą melodię. Kiedy byłem szczeniakiem, Perfect znałem tylko z jednej piosenki, Autobiografii. Nie zagłębiałem się zbytnio w tekst, kawałek ten był tylko kolejną piosenką lecącą w radiu. Kiedy zainteresował się muzyką na poważnie, gdy zacząłem wewnętrznie, i zresztą zewnętrznie, dorastać, uświadomiłem sobie: Cholera, ten gość śpiewa chyba o czymś ważnym. A może by tak się wsłuchać w tekst? Wówczas zacząłem zagłębiać się w słowa.
Początkowo sądziłem, że zrozumiałem ten tekst, jednak po kilku odsłuchaniach uświadomiłem sobie, że o niektórych rzeczach nie mam pojęcia. Wersy ,,Wiatr odnowy wiał / darowany reszty kar'' były dla mnie niezrozumiałe. Dopiero poznawszy historię uświadomiłem sobie, że chodziło o rok 1956, o czas odwilży październikowej, która dokonała się kilka lat po śmierci Stalina. Uwolniono wówczas więźniów politycznych i zaczęto snuć nadzieje na lepsze życie w Polsce Ludowej. ,,Pocztówkowy szał / każdy z nas ich pięćset miał'' rozumiałem tak, że kiedyś zbierano po prostu pocztówki. Dowiedziałem się jednak, że nie o zwykłe pocztówki chodziło, a o pewien rodzaj płyt winylowych, które zbierano w PRL-u. W tekście jest jeszcze kilka fragmentów odnoszących się do historii bądź popkultury. Co jednak uderzyło mnie w tych, jakże pięknie dobranych, słowach najbardziej? Poza pewnymi odniesieniami do historii, tekst podsuwał pewien obraz człowieka mającego marzenia i próbującego radzić sobie w otaczającej go ponurej rzeczywistości. Choć Autobiografia opowiada o innych, odległych czasach, wielu może odnaleźć w tekście jakiś element własnego życiorysu. Sytuacja w kraju jest teraz nieco bardziej ustabilizowana, jednak życie ciągle podsuwa nam troski i radości, dlatego też możemy utożsamiać się z bohaterem tekstu.
Nie wymieniłem wszystkich utworów znajdujących się na płycie, nie zagłębiałem się szczegółowo we wszystkie teksty, nie podawałem konkretnych dat, czy nazwisk wszystkich członków zespołu, gdyż nie jest to zwyczajna recenzja. Jest to raczej osobisty opis jednej z wielu ulubionych płyt. Zainteresowani zawsze mogą znaleźć więcej informacji na temat samego zespołu czy też płyty w Internecie. Koniec końców zachęcam do wsłuchania się w genialne teksty i równie genialną muzykę. Zachęcam też do kupienia albumu ( sam dorwałem wydanie widoczne na zdjęciu za niecałe 15 zł w Empiku, co jest tam zjawiskiem niecodziennym :). To tyle na dziś.
A teraz ,,Już czas, już czas / myć zęby i iść spać'' :)
czwartek, 19 marca 2015
Utwory na SoundCloudzie
SoundCloud
Pod tym linkiem moje instrumentalne nagrania jako Damego ;) A niebawem zacznę wrzucać kawałki z solowej płyty. Pierwszy projekt, płytę koncepcyjną, zdecydowałem się odłożyć na później i zająłem się nagrywaniem płyty na której kawałki tworzą pewną całość, ale nie opowiadają jednej historii. Będzie to zbiór kilku utworów granych jeszcze z zespołem plus wszystkie najciekawsze według mnie piosenki jakie zebrałem przez lata oraz nowe. Mam zamiar stworzyć mieszankę rockowo - folkową. Znajdzie się tam też miejsce na wpadające w ucho melodie oraz poezję śpiewaną.
Pod tym linkiem moje instrumentalne nagrania jako Damego ;) A niebawem zacznę wrzucać kawałki z solowej płyty. Pierwszy projekt, płytę koncepcyjną, zdecydowałem się odłożyć na później i zająłem się nagrywaniem płyty na której kawałki tworzą pewną całość, ale nie opowiadają jednej historii. Będzie to zbiór kilku utworów granych jeszcze z zespołem plus wszystkie najciekawsze według mnie piosenki jakie zebrałem przez lata oraz nowe. Mam zamiar stworzyć mieszankę rockowo - folkową. Znajdzie się tam też miejsce na wpadające w ucho melodie oraz poezję śpiewaną.
środa, 18 marca 2015
Damego - Another lazy day
Krótki utwór na gitarę akustyczną. Niedługo będzie więcej podobnych kawałków ( trochę poznęcam się nad nowym akustykiem :), być może z klawiszami. Jutro zbiorę to, co dotychczas stworzyłem i wrzucę na SoundClouda :). Poza tym, mam w planach rozpoczęcie serii ,,Płyta tygodnia'', w której będę prezentował wybraną płytkę. Za jakiś czas umieszczę też pierwszą recenzję muzycznej książki. Trochę nazbierało mi się ich na półce, a że mam parcie do pisania, wyleję z siebie co nieco na temat danej pozycji.
wtorek, 17 lutego 2015
Damego - On the edge (instrumental)
Dawno już nic nie wstawiałem, więc przyszła na to pora ;) Zamieszczam taki krótki, zrobiony spontanicznie instrumental. Rysunek wykonała Katt Lett ;)
niedziela, 11 stycznia 2015
Marcin Gliński - Wieści ze świata
Pewnej nocy przyszedł mi do głowy ten tekst. Czasami zdarza się, że siedzę nad słowami sporo czasu, czasami jednak ulatują one ze mnie bardzo szybko. Tak było w tym przypadku.
Mam słabość do utworów w których powtarzany jest w kółko ten sam riff. Myślę, że miłość do nich narodziła się po odsłuchaniu pewnych kawałków Sisters of Mercy czy The Cure. Powyższa melodia powstała z takiej właśnie miłości ;) Zapraszam do słuchania ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)














