No i woodstockowe szaleństwo dobiegło końca. Niestety. Wprawdzie w ubiegłym roku poczułem klimat Woodstocku, lecz nie na tyle, by chcieć zostać w Kostrzynie na dłużej. Tym razem było jednak inaczej. Kiedy wraz z przyjaciółmi zwijaliśmy namioty, mimo bólu gardła i nadchodzącego wielkimi krokami przeziębienia, pragnąłem zostać na polanie jeszcze co najmniej kilka dni. Atmosfera była nieprawdopodobna.
Pierwszego dnia zawitałem tylko na wielką scenę. Zahaczyłem o The Bill, T. Love, Skidrow. Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie oczywiście Budka Suflera. Kiedyś za gówniarza nie ceniłem ich, uważając, że to artyści dwóch, góra trzech przebojów. Jednak kiedy zacząłem przesłuchiwać ich płyty, biłem się w pierś. Czułem, że odkryłem kolejne muzyczne rejony, które w jakiś sposób na mnie wpłyną. Tak też koncert był dla mnie niesamowitym przeżyciem. Razem z Cugowskim śpiewali jego synowie, którzy zresztą też są świetnymi muzykami. Na scenę zaproszono również Felicjana Andrzejczaka, który wraz z tysiącami ludzi wykonał ,,Jolkę Jolkę''. To było coś niesamowitego. Podobno we wrześniu Budka ma grać w Białymstoku, tak też z pewnością się wybiorę. Po pierwsze, wiem, że czeka mnie kolejny niesamowity koncert, bo staruszki dają radę. Po drugie, liczę na wykonanie innych numerów. Na woodzie zabrakło mi ,,Za ostatni grosz''. Ale cóż i tak dostałem to, com chciał :). Po trzecie, w tym roku Budka Suflera kończy działalność, więc warto posłuchać ich jeszcze na żywo. Potem zostaną nam tylko wspaniałe płyty.
Drugiego dnia również wybrałem się na dużą scenę. Ska-P było ok, Ky-Mani Marley jechał na coverach ojca, Acid Drinkers, choć lubię ich własne kawałki, średnio mi podeszli ze swym coverowym repertuarem. Tego dnia najbardziej podobali mi się Lao Che. Kiedyś nie lubiłem mieszania elektroniki z gitarowym graniem, ale z czasem człowiek przekonuje się do pewnych rzeczy. Co tu dużo mówić, chłopaki grali świetnie.
Trzeci dzień to łażenie po ogromnym terenie i w zasadzie również czas spędzony pod wielką sceną. W ubiegłym roku zawitałem na scenę Pokojowej Wioski Kryszny i choć muzyka była świetna, nie podobała mi się duszna atmosfera. Koncerty grają pod zadaszeniem, a w środku jest wszechobecny piach. Pod gołym niebem da się wytrzymać w pogo, tam jest już ciężej. Mimo wszystko, trzeciego dnia bawiłem się wyśmienicie. Świetnie zagrał Jelonek, Accept, oraz, muszę przyznać, spodobała mi się Coma. Próbowałem kiedyś ich słuchać i zawsze ich muzyka nie robiła na mnie wrażenia. Może dlatego, że oczekuję więcej melodyjności w kawałkach? Nieco bardziej zrozumiałych tekstów? Sam nie wiem. Jednak koncertowo wypadli świetnie. Może kiedyś dam im jeszcze jedną szansę. Pozytywnie zaskoczyli mnie też The Bosshoss. Panowie grali jakąś mieszankę country, metalu i rocka, z dodatkiem instrumentów dętych. Całe show wypadło genialnie, a ich rozciągnięta do kilkunastu minut przeróbka ,,Word up'' to według mnie drugi po wykonaniu Gun, najlepszy cover Cameo. Jeszcze przed koncertem The Bosshoss zawitałem na chwilę na małą scenę, gdzie trwał koncert świetnej kapeli The Sixpounder. Grali wyśmienicie, ale słabo zapamiętałem ich własne kawałki. Pamiętam jednak cover ,,Creeping Death'' i ,,Ace of spades''. Według mnie o wiele lepszy niż Acid Drinkers.
Takie to krótkie streszczenie przegenialnego festiwalu. Mam nadzieję, że za rok będzie równie dobrze, a nawet lepiej. Zapraszam do komentowania kto był, a kogo nie było, polecam ten zacny festiwal. I na zakończenie, jedzcie polskie jabłka :)
Zaraz będzie ciemno!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz