sobota, 14 listopada 2015

Zamknięcie bloga

Z kilku przyczyn postanowiłem zamknąć bloga. Nie znaczy to jednak, że znikam z Youtube i Facebooka ;) Tam będę zamieszczał recenzje, na kanale nadal będą ukazywać się kawałki.
https://www.facebook.com/Marcin-Gliński-648261711951805/?ref=hl

https://www.youtube.com/channel/UChD7dVVuRRd6SzpaB1CFIiw

wtorek, 20 października 2015

Damego - Light

   Niedługo otrzymam rysunek od Katt Lett (kawałek dla niej jest już niemal gotowy), a tymczasem zamieszczam utwór pod zdjęcie ;)



niedziela, 18 października 2015

sobota, 5 września 2015

sobota, 15 sierpnia 2015

Ulubione płyty #9 Patti Smith - HORSES

      Kolejną płytą, którą chciałbym zaprezentować jest album Horses Patti Smith. Został on nagrany w Electric Lady Studios (studiu należącym do Jimiego Hendrixa) i wydany w 1975 roku.
      Wielu może kojarzyć Smith z utworu Because the Night, napisanego wraz z Brucem Springsteenem. Piosenka ta pod koniec lat 70. podbiła listy przebojów, dzięki czemu wokalistka zyskała większy rozgłos. Warto jednak sięgnąć po jej debiutancki krążek, który zawiera równie interesujące utwory. 
  Kawałek Gloria, będący przeróbką utworu Van Morrisona, rozpoczyna się wolną partią pianina i pięknym śpiewem Smith. Z czasem dochodzą kolejne instrumenty i całość zaczyna brzmieć niczym blues. Kawałek z kolejnymi sekundami przyspiesza i po trzech minutach słyszymy mocne rockowe uderzenie. Już w pierwszym utworze Smith pokazuje pazura. Redondo Beach to kawałek z wolną, miłą dla ucha melodią. Na uwagę zasługuje tu szczególnie gitara, przywodząca na myśl reggae. Birdland, jeden z najdłuższych kawałków na płycie, podobnie jak pierwszy rozpoczyna się ścieżką pianina. Długo nie trzeba czekać na lekko przesterowaną gitarę elektryczną i bas, które stwarzają świetne tło. W tym wszystkim siedzi cudowny, momentami załamujący się wokal Smith, który co jakiś czas przechodzi w melorecytację. Free money, jeden z moich ulubionych utworów na płycie, również rozpoczyna się wolną partią pianina. Kawałek szybko jednak przeistacza się w mocny, rockowy numer - perkusja sprawia wrażenie pędzącego pociągu. Kimberly to kolejny utwór który uwielbiam. Nie jest on szybki, jednak posiada jedną z moich ulubionych progresji akordów, przez co jest niezwykle melodyczny. Na uwagę zasługują szczególnie klawisze rozbrzmiewające w tle. Break it up to miła dla ucha ballada z przewijającym się, niepokojącym motywem na pianino. Land, to kolejny najdłuższy kawałek na płycie, który jest w zasadzie zbiorem trzech utworów - Horses, Land of Thousand Dances oraz La mer (de), przy czym drugi spośród kawałków to cover piosenki Chrisa Kennera. Land to utwór energiczny, w którym następują momenty wolniejsze. Smith co jakiś czas melorecytuje, podczas gdy reszta zespołu gra dalej, wyciszona. Najkrótszy utwór na płycie, Elegie, jest piękną balladą o dziwnej atmosferze. W intrze bas i pianino grają razem, a co chwila odzywa się w tle niepokojąca gitara. Głos Smith początkowo bardziej recytuje niż śpiewa, jednak po jakimś czasie słychać piękną wokalizę. Dodatkowym utworem na wydaniu płyty, które posiadam, jest koncertowe wykonanie My generation The Who. Cover Patti Smith jest znacznie szybszy niż oryginał. Bliżej mu do punk rocka, niż rocka klasycznego. Nie bez przyczyny zatem określa się muzykę Smith jako proto punk.
       Skupię się na chwilę na samym wydaniu. Na okładce znajduje się zdjęcie samej Smith, wykonane przez jej przyjaciela Roberta Mapplethorpe'a. Po wyjęciu płyty, na której widnieje krótka notatka o Johnnym, być może tym z tekstu utworu Horses, można dostrzec zdjęcie członków zespołu, oraz dedykację. Krążek poświęcony został zmarłemu Richardowi Sohlowi, który był klawiszowcem Smith.
             Na Horses znajdują się momenty wolniejsze ( Elegie ), przywodzące na myśl niektóre utwory Joni Mitchell, oraz stricte rockowe, niekiedy powalające wykonaniem ( Free Money, czy choćby My generation). Horses to mieszanka jazzu, bluesa, poezji śpiewanej, często odnoszącej się do osobistych przeżyć, oraz rocka. Patti Smith, podobnie jak wielu innych artystów, m.in. David Bowie, Iggy Pop czy Frank Zappa, swoimi dokonaniami z lat 70. stworzyła podwaliny punk rocka. Jej pierwsza płyta to ciekawy muzyczny miks, zbiór niezwykłych melodii i przede wszystkim zapis cudownego głosu.
              Gorąco polecam.
   

sobota, 25 lipca 2015

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Ulubione płyty #8 Pearl Jam - TEN

    Dzisiaj zaprezentuję album, do którego wracam bardzo często. 

   W pierwszej płycie Pearl Jamu z 1991 roku zakochałem się od pierwszego usłyszenia. Zanim jednak do tego doszło, zasłuchiwałem się w kawałkach Nirvany. Jednak nirvanowa faza z czasem minęła, a ja zapragnąłem czegoś innego, bardziej skomplikowanego muzycznie. Sięgałem zatem po inne zespoły z tzw. wielkiej czwórki z Seattle. Na pierwszy ogień poszedł właśnie Pearl Jam. 
   Już sam projekt okładki i płyty wzbudza zainteresowanie. Krążek przypomina płytę winylową, zaś okładka, po rozłożeniu, ukazuje członków zespołu trzymających ręce uniesione ku górze. Symbolika ta narzuca prostą interpretację - odnosi się wrażenie, że muzycy chcą dosięgnąć muzycznego szczytu. Po wysłuchaniu płyty ma się jeszcze większe wrażenie, że szczyt ten został przez nich osiągnięty. 
   Płyta rozpoczyna się dźwiękami wystukiwanymi na bębnach, które szybko zostają otoczone plejadą innych instrumentów. W końcu do głosu dochodzą gitary elektryczne i Once rozbrzmiewa w całej okazałości. Even Flow wpada w ucho już od pierwszych nut, za sprawą mocnego rockowego riffu. Alive rozpoczyna się przesterowaną gitarą, do której po chwili dochodzą pozostałe instrumenty. Pierwszy singiel promujący Ten odnosi się do życia wokalisty, Eddiego Veddera, który po latach dowiedział się, że człowiek, którego uważał za biologicznego ojca, w rzeczywistości nim nie był. Why go rozpoczyna się świetną perkusją i mocnym brzmieniem basu. Wokal wyśpiewuje zaś historię dziewczyny, którą zamknięto w szpitalu psychiatrycznym. Tekst znów nawiązuje do osobistych przeżyć wokalisty, który w okresie nastoletnim miał przyjaciółkę, którą przyłapano na paleniu marihuany i zamknięto w szpitalu. Ballada Black opowiadająca o utracie kogoś bliskiego to kawałek w którym po raz pierwszy rozbrzmiewają klawisze. W końcu dochodzimy do utworu Jeremy, mojego ulubionego na płycie. Rozpoczyna się on świetną linią basu i stopniowo rozbrzmiewa coraz mocniej, by ostatecznie zakończyć się inną ciekawą basową melodią. Tekst kolejnej ballady Pearl Jamu bazuje na innym smutnym wydarzeniu, które miało miejsce w 1991 roku. Wówczas nastolatek, Jeremy Wade Delle z Teksasu, zastrzelił się na oczach całej klasy. Oceans wprowadza w klimat ballady, aczkolwiek w tym kawałku gitary elektryczne nie doszły do głosu. Porch to znów przyspieszenie, a w Garden Pearl Jam dobitniej pokazuje, że ma zamiłowanie do ballad z przesterowanymi gitarami. Jednak zespołowi nie sposób zarzucić monotonności. Deep rozpoczyna się ciężkim riffem, który przywodzi na myśl coś z dokonań Alice in Chains. Ostatni kawałek na płycie, Release, rozpoczyna się łagodnie. To kolejna ballada, z piękną linią basu i rozbrzmiewającymi gdzieś ,,z tyłu'' gitarami. Utwór cichnie po kilku minutach, a na jego miejscu pojawiają się bębny i inne instrumenty. To ten sam utwór, który otwiera krążek. 
   Teksty na płycie, wszystkie autorstwa Veddera, przepełnione są na ogół rozpaczą. Wiele tu historii wziętych z życia. Wsłuchując się w słowa, czuje się że nie rozpieszczało ono młodego Eddiego. Kompozycje, w większej części napisane przez Stone Gossarda, wcześniejszego gitarzystę Green River i Mother Love Bone ( oba zespoły polecam), są istnym majstersztykiem. Warto też wspomnieć o basiście. Jeff Ament napisał kawałki Why go oraz Jeremy i śmiem twierdzić, że bez jego gry Ten nie byłby tak dobrym albumem. 
    Podsumowując, Ten to pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów grunge'u, ale i klasycznego rocka. Zachęcam do zapoznania się z pierwszym albumem Pearl Jamu, bo to kawał dobrej muzyki. Muzyki, która potrafi poruszać bez względu na to, ile lat jej stuknie.